Beata Brudak kieruje Przedszkolem nr 74 w Łodzi od ponad pięciu lat. Placówka od lat pracuje metodą Marii Montessori, ma cztery oddziały mieszane wiekowo i własny autorski program. Kiedy poprzedni system przestał odpowiadać potrzebom dyrektorki i rodziców, Beata zdecydowała się na zmianę. Trwało to prawie trzy lata – ale było warto.
Przedszkole, które podąża za dzieckiem
Przedszkole nr 74 mieści się na niewielkim osiedlu w Łodzi i przyjmuje do stu dzieci. To, co wyróżnia tę placówkę spośród innych, to konsekwentna praca metodą Montessori – we wszystkich grupach, z pomocami dydaktycznymi z drewna i naturalnych materiałów, bez plastikowych zabawek i gotowych kart pracy z wydawnictw.
Nie jesteśmy standardowym przedszkolem. Mamy własny autorski program, a nauczyciele sami tworzą materiały do pracy. Podążamy za dzieckiem – jeśli do sali wleci osa, cały dzień kręci się wokół osy.
Grupy są mieszane wiekowo: trzy-, cztero-, pięcio- i sześciolatki uczą się razem. Starsze dzieci pomagają młodszym, a rywalizacja zastępowana jest naturalną współpracą. – To piękne. Szkoda tylko, że szkoła nie zawsze to kontynuuje.
Trafiłam do tej placówki z pozycji wicedyrektora szkoły podstawowej. Co ciekawe, wcześniej to właśnie tutaj chodziły moje własne dzieci – a jeszcze wcześniej i ja sama.
Wyzwania dyrektora przedszkola publicznego
Zarządzanie placówką publiczną bez wicedyrektora to spore wyzwanie. Dyrektor w przedszkolu publicznym jest kadrowym, księgową, kierownikiem administracji, konserwatorem, zaopatrzeniowcem, nauczycielem kiedy trzeba. Brak chleba na śniadanie też jest moim problemem.
Do tego dochodzi nadzór pedagogiczny, obserwacje zajęć, procedury awansu zawodowego, obsługa systemów informatycznych, zamówienia publiczne i nieustannie zmieniające się przepisy. – Największe bolączki? Zmiany w prawie oświatowym. Przełożenie ustawy na codzienne działanie, bez popełnienia błędu.
W tym wszystkim każde narzędzie, które realnie odciąża, ma ogromne znaczenie.
Zmiana, która trwała trzy lata – i była tego warta
Przez lata Przedszkole nr 74 korzystało z innego systemu. Służył głównie do rejestracji wejść i wyjść dzieci oraz naliczania opłat za żywienie. Aplikacja dla rodziców funkcjonowała, ale nie była wystarczająco intuicyjna, a komunikacja z rodzicami nadal odbywała się przez różne, nieskoordynowane kanały.
Wiedziałam, że chcę coś z tym zrobić od początku mojej kadencji. Ale zmiana dostawcy to nie jest kwestia jednego dnia. Są podpisane umowy, okresy obowiązywania, a przede wszystkim budżet, który planuje się z rocznym wyprzedzeniem. Żeby wdrożyć coś od września, musiałam zaplanować to w poprzednim roku.
LiveKid po raz pierwszy pojawił się na mojej drodze podczas konferencji branżowej. Ostateczną decyzję podjęłam na konferencji freblowskiej, gdzie spotkałam tych samych przedstawicieli co poprzednio. Śmialiśmy się, czemu jeszcze nie współpracujemy. Dobry moment zbiegł się z korzystną sytuacją budżetową i zmianą innego kontrahenta obsługującego placówkę, co umożliwiło naturalną reorganizację umów.
Wdrożenie zaplanowano od 1 września, żeby nowi rodzice zaczynali już z nową aplikacją. Przez krótki czas działały oba systemy równolegle – stary był stopniowo wyciszany, nowy ruszył pełną parą.
Opór, przyzwyczajenie i... przełom
Początki nie były łatwe. Rodzice przyzwyczajeni do poprzedniego systemu – gdzie wykorzystywaliśmy karty do rejestracji wejść i wyjść – musieli nagle instalować aplikację, generować kody, zapamiętać hasła. Niektórzy byli bardzo sceptyczni. Ale nowi rodzice, którzy znali aplikacje ze żłobków, nie mieli z tym żadnego problemu.
Sceptyczna była też pani intendentka, która przez lata pracowała na poprzednim systemie i znała jego specyfikę rozliczeń na pamięć. Po pewnym czasie jednak sama przyznała rację: nowy system działa naprawdę dobrze, a nawet lepiej.
Teraz już jest kolejny rocznik rodziców i naprawdę nie ma żadnych obiekcji, intuicyjność aplikacji LiveKid zdecydowanie usprawnia wdrożenie się w rozwiązanie.
Co się zmieniło w codziennej pracy?
Komunikacja z rodzicami to zmiana numer jeden. Wcześniej wiadomości rozchodziły się przez różne kanały – kartki na tablicy, prywatne komunikatory, maile. Teraz całość dzieje się w jednym miejscu. Aplikacja LiveKid to oficjalny kanał komunikacji. Nikt nie może powiedzieć, że nie wiedział. Mam potwierdzenie odczytu, wiadomości i odpowiedzi są dla wszystkich klarowne i bezpieczne.
Zdjęcia w bezpiecznej galerii rozwiązały dylemat, który wcześniej nie dawał mi spokoju. Facebook i strona internetowa są niewystarczające – zdjęcia dzieci trafiają do otwartej przestrzeni. Teraz dostęp do galerii mają wyłącznie rodzice dzieci uczęszczających do placówki. To gigantyczne odciążenie. Rodzice mają dostęp do zdjęć z codziennych aktywności swoich dzieci, bez publikowania ich w sieci.
Swój dzień zaczynam od telefonu. Nie po to, żeby sprawdzić wiadomości – żeby wiedzieć, ile dzieci jest dziś w placówce. W aplikacji LiveKid od razu widzę, w której ile dzieci jest w poszczególnych grupach. Kuchnia korzysta z tego do porcjowania jedzenia, ja do organizacji pracy placówki. Brzmi jak drobnostka. Ale zanim pojawiła się nowa aplikacja, oznaczało to fizyczny obchód po wszystkich salach.
Podobnie jest z planowaniem nieobecności. Kiedy rodzic z wyprzedzeniem zgłasza, że dziecka nie będzie – informacja od razu trafia tam, gdzie powinna. Wiem, że nauczyciel będzie miał mniej dzieci. Kuchnia wie, ile porcji przygotować. A jeśli nagle okazuje się, że któregoś nauczyciela nie będzie – mam już dane, na których mogę pracować, zamiast zaczynać od zera. Dzięki ten funkcji organizacja pracy stała się łatwiejsza i szybsza.
Wcześniej każda wycieczka, każde wyjście, oznaczyło wydrukowanie, zaniesienie do każdej grupy formularzy czy zgód, zebranie z powrotem i pilnowanie, kto jeszcze nie oddał. Teraz plik trafia do ogłoszenia w aplikacji. Rodzic widzi, pobiera, podpisuje. Pliki w załączonych ogłoszeniach, plakaty, zgody, informacje do podpisania dla rodziców – można więcej rzeczy przekazać szybciej, co jest super!
Pamiętam, jak w trakcie pandemii COVID-19 o 12 w nocy szukałam adresów mailowych rodziców dzieci na kwarantannie, żeby wszystkich poinformować. To była masakra. Teraz to jedno kliknięcie i rodzice dostają powiadomienie na telefon.
Co jeszcze przed nami?
Placówka świadomie wdrażała LiveKid etapami. Na razie skupiliśmy się na modułach organizacyjnych: rozliczeniach, komunikacji, galerii i obecnościach. Część pedagogiczna – dzienniki elektroniczne, karty obserwacji, opinie o gotowości szkolnej – mamy zaplanowane na kolejny krok.
Podczas zmiany systemu bardzo zależało mi na tym, żeby móc wgrać do systemu nasz autorski program nauczania i w jego ramach korzystać z dziennika elektronicznego tylko na nasze potrzeby, bez udostępniania go wszystkim użytkownikom. W przeciwieństwie do poprzedniego rozwiązania w aplikacji LiveKid jest taka możliwość i niezmiernie mnie to cieszy. To tylko kwestia czasu, aż wdrożymy ją w życie.
Zmiana jest możliwa – trzeba tylko dać jej czas
Moja historia to dobry dowód na to, że warto szukać systemu, który naprawdę odpowiada potrzebom placówki – i nie rezygnować, nawet jeśli droga do zmiany okazuje się dłuższa niż się spodziewamy. Zanim zdecydowałam się na LiveKid, dokładnie przyjrzałam się budżetowi i upewniłam, że jest w nim przestrzeń na nowe rozwiązanie. Zaplanowałam wydatek z rocznym wyprzedzeniem, poczekałam na odpowiedni moment i dopiero wtedy działałam. To jest do zrobienia. Może nie zrobisz tego w ciągu jednego roku, ale w dwóch – już tak.
Zmiana systemu w placówce publicznej wymaga cierpliwości, dobrego planowania i odrobiny sprzyjających okoliczności. Ale jeśli narzędzie, którego szukasz, realnie odciąży Cię w codziennej pracy – jest warte zachodu. Aplikacja LiveKid to dla mnie narzędzie, na które warto było czekać. Dla nas najważniejsza była komunikacja z rodzicami i bezpieczna galeria zdjęć. I to, że nikt nie może powiedzieć, że nie był o czymś poinformowany.
Cieszę się, że udało mi się w końcu ściągnąć do siebie LiveKid.






