Tęczowe Przedszkole w Błaszkach to kameralna, rodzinna placówka, do której absolwenci wracają z sentymentem jeszcze lata po ukończeniu przedszkola. Monika Broniecka założyła ją 15 lat temu, nie mając ani pedagogicznego dyplomu, ani funduszy – wyposażona jedynie w ogromną determinację i wiarę, że takie miejsce po prostu musi powstać. W rozmowie opowiedziała nam o magii małych placówek i o tym, jak LiveKid pojawił się w Tęczowym Przedszkolu dokładnie wtedy, kiedy był potrzebny.
Geny, los i wspaniali ludzie
Z pierwszego wykształcenia jestem slawistą, potem studiowałam historię. Przez rok uczyłam w szkole – i właśnie wtedy odkryłam, że praca z dziećmi daje mi nieporównywalnie więcej satysfakcji niż cokolwiek innego. Notabene jestem dzieckiem dwojga nauczycieli, więc przez lata broniłam się rękami i nogami przed tym zawodem – ale chyba mam to po prostu w genach.
Pomysł na własną placówkę pojawił się naturalnie: wśród moich bliskich były dzieci, które miały trudności z adaptacją w dużych publicznych przedszkolach.
Wiedziałam, że jest zapotrzebowanie na coś innego – mniejszego, cieplejszego, bardziej rodzinnego.
Zawodowo w tamtym momencie nie miałam wiele do stracenia, więc postanowiłam spróbować. Nie spodziewałam się jednak, że droga do otwarcia własnej placówki będzie aż tak trudna.
Jednak wszystko ułożyło się dzięki ludziom, którzy pojawiali się na mojej drodze. Sąsiad z lokalem po przychodni, pani radca w urzędzie pracy, która pomogła sprytnie przepisać wniosek, rodzice i rodzeństwo, którzy wsparli mnie finansowo. I tak 3 stycznia 2011 roku w Błaszkach powstał niepubliczny punkt przedszkolny. Pamiętam, jak w tamtym pierwszym roku budziłam się rano i myślałam: „Czy to naprawdę się stało? Czy tam naprawdę czekają na mnie dzieci?".
Kameralne, rodzinne, prawdziwe
Zaczęłam od siódemki dzieci, ale bardzo szybko nie tylko zapełniłam wszystkie miejsca w placówce, ale musiałam utworzyć listy rezerwowych. Zapotrzebowanie było duże, a miejsca mało, dlatego kilka lat temu przektałciliśmy punkt przedszkolny w pełnowymiarowe przedszkole. Przeprowadziliśmy się do nowego budynku, rozbudowanego i przystosowanego specjalnie dla nas przez rodziców naszych wychowanków, którzy są lokalnymi przedsiębiorcami.
Mamy ponad 40 dzieci w trzechy grupach, zróżnicowanych wiekowo zgodnie z pedagogiką Marii Montessori, którą jestem zafascynowana. Dzieci zwracają się do nas „ciociu" – bo dużo łatwiej przyjść do przedszkola do cioci niż do obcej pani.
Staramy się budować z naszymi wychowankami takie relacje, które nie kończą się wraz z pójściem do szkoły. Starsze dzieciaki nas odwiedzają, przystają na chwilę żeby porozmawiać, opowiedzieć, co u nich. To jest bezcenne!
Atmosfera jest rodzinna nie tylko w stosunkach kadra-dzieci, ale również między nami – kadrze Tęczowego Przedszkola. Nawet trudno mi o nich mówić „pracownicy”, bo po prostu świetnie zgrany, wspierający się zespół/
LiveKid pojawił się w idealnym momencie
Przyznam, że ja nie szukałam aplikacji do zarządzania. To LiveKid trafił na mnie – nie ja na LiveKid. I stało się to dokładnie w momencie, gdy przenosiliśmy się do nowego miejsca i przekształcaliśmy punkt przedszkolny w przedszkole. Szczerze mówiąc to męczą mnie te wszystkie telefony z ofertami, ale kiedy zadzwonił do mnie pan Mateusz, zaświtała mi myśl: może warto porozmawiać?
Największą ulgę poczułam przy rozliczeniach cateringu. Wcześniej musiałam codziennie ręcznie zaznaczać – kto był, kogo nie było, kto zgłosił nieobecność, kto nie zgłosił – i potem to wszystko sumować przy wystawianiu rachunków: każdego rodzica osobno, każdy miał inną kwotę. Teraz to się liczy z automatu.
Korzystam też z dziennika elektronicznego i nie wyobrażam sobie powrotu do papieru. Wcześniej zdarzało mi się, że w wakacje odkrywałam braki, coś trzeba było uzupełniać, przeliczać. Teraz tego nie ma.
Mamy za sobą też kontrolę kuratorium z dziennikiem elektronicznym. Wszystko poszło gładko i sprawnie.
Dzisiaj bez aplikacji nie dałabym rady
Nie umiem powiedzieć, ile dokładnie czasu zaoszczędziłam dzięki LiveKid – bo im więcej dzieci, tym więcej pracy administracyjnej, a ja wchodziłam w aplikację dokładnie wtedy, kiedy biurokracja zaczęła narastać.
Jedno wiem na pewno: gdybym dziś musiała robić to wszystko ręcznie – catering, rachunki, ogłoszenia, dzienniki – przy 41 dzieciach i statusie przedszkola, a nie punktu – nie dałabym rady.
Aplikacja jest też dla mnie ważna z punktu widzenia ochrony wizerunku dzieci. Nie mamy Facebooka jako platformy komunikacji z rodzicami. Mamy stronę informacyjną, że taka placówka istnieje. Wszystko inne – ogłoszenia, zdjęcia, wiadomości – idzie przez LiveKid. Jak mawiają: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nikt niepowołany nie musi wiedzieć, które dzieci chodzą do naszej placówki.
Spokój, który pozwala być z dziećmi
Codziennie budzę się i sprawdzam aplikację – zanim wstanę z łóżka, już wiem, ile będzie dzieci i co czeka nas w tym dniu. Ale właśnie o to chodzi. Ten spokój to jest coś, co pozwala mi naprawdę być z dziećmi, kiedy już jestem w przedszkolu.
A to jest przecież najważniejsze. To dlatego to wszystko zaczęłam. Tutaj przychodzą rodzice, którzy chcą czegoś innego, innej atmosfery, innego startu. I my im to dajemy. Nie mamy sztywnych protokołów adaptacyjnych: dziecko może przyjść z rodzicem, posiedzieć na placu, wejść na zajęcia w towarzystwie mamy. Samo decyduje, kiedy jest gotowe.
I właśnie dlatego 15 lat od tego pierwszego poranka, kiedy budziłam się z niedowierzaniem – wiem, że warto było.





